wtorek, 6 lipca 2010

DRUGA ROLKA

Druga rolka Ilforda HP5.  Lepiej naświetlona, zaczynam czuć światłomierz.  Okazało się również, że aparat prawidłowo przewija film. Wystarczy go prawidłowo założyć.

Teraz czas na Ilforda Delta.  A może coś innego?  Czy ktoś coś doradzi?



poniedziałek, 5 lipca 2010

O ZALETACH I NIEBEZPIECZEŃSTWACH SPRAWOWANIA KONTROLI

Uprawianie stuprocentowo upozowanej i aranżowanej fotografii studyjnej ma wspaniałe zalety i szereg groźnych wad.  Czyż nie jest zaletą możliwość sprawowania prawie ścisłej kontroli nad światłem, kadrem, pozą, miną, nastrojem, tonami, czy kolorami obrazu. Można świadomie sięgać po narzędzia kreacji i cieszyć się komfortem względnego panowania nad efektem końcowym.  Jak malarz z pędzlem w ręku i pomysłem w głowie, którego sukces zależy już tylko od jego talentu.

A groźne wady?  Polegają z grubsza na tym samym co zalety.  Możliwość kontrolowania procesu powstawania fotografii  jest wyzwaniem.  Ewentualne błędy są w takim przypadku zawsze błędami fotografa.  Jeśli poza będzie sztuczna, wyraz twarzy nijaki, jeśli światło będzie źle dobrane lub choćby niedopracowane, jeśli w nastroju nie będzie krzty magii, jeśli obraz nie dostarczy emocji, jeśli efekt rozminie się z pierwotnym pomysłem albo jeśli pomysł ten okaże się słaby - wtedy zawsze winny jest fotograf.  Pan i władca kadru.  Autor porażki.

czwartek, 1 lipca 2010

O FOTOGRAFII SPĘTANIU

Obraz fotograficzny jest zarówno obiektywnym zapisem, jak i osobistym świadectwem, zarówno wierną kopią fragmentu rzeczywistości, jak i jej interpretacją - napisała Sontag powtarzając coś, nad czym wcześniej jeszcze zastanawiała się była Woolf.  I to jest, zdaniem Sontag, osiągnięcie o jakim marzyła literatura, której nigdy się to do końca nie udało*.

Nadzwyczaj celne, choć na własny użytek zacząłem zastanawiać się, czy te właściwości akurat świadczą o sile, czy słabości fotografii.  Status "kopii fragmentu rzeczywistości" to przecież - jeśli spojrzeć na to pod odpowiednim kątem - wyrok skazujący, ciemny loch dla twórcy, ciasny sznur na rękach.  Oczywiście cały wic opiera się na zabawie interpretacjami, żąglowaniu subiektywizmami, ale przecież są to jednak zawsze jedynie odniesienia do odbić kawałków rzeczywistości.  Może zatem fotografia powinna zazdrościć literaturze, że z rzeczywistością może zrobić co tylko zechce albo wręcz w ogóle się nią nie przejmować.  Może powinna zazdrościć malarstwu, że nie jest spętane, nie jest zakotwiczone w tych odbiciach świata realnego, że ma moc kreowania własnych uniwersów.  Może to uwiązanie w odbiciu jest fotografii przekleństwem?

* S. Sontag, "Widok cudzego cierpienia", Wydawnictwo Karakter, Kraków 2010