piątek, 2 stycznia 2009

W SPRAWIE POSZUKIWANIA GRANIC FOTOGRAFII CYFROWEJ

Co jakiś czas odnajduję w Internecie powtarzające się i ożywione dyskusje na temat granic fotografii cyfrowej. Chodzi o to mianowicie, w którym momencie nasza ingerencja w zdjęcie powoduje, że przestaje ono być zdjęciem a staje się grafiką komputerową. W dyskusji reprezentowany jest zwykle wachlarz - mniej lub bardziej przemyślanych - stanowisk począwszy od purystów utyskujących na każdą cyfrową "manipulację" zarejestrowanego obrazu, po twierdzenia, że bez względu na głębokość ingerencji z fotografią mamy do czynienia zawsze, gdy była ona punktem wyjścia naszej pracy. Są też tacy, którzy w wysokoprzetworzonych cyfrowo pracach fotograficznych widzą melanż fotografii i grafiki komputerowej.

Czemu w ogóle miałoby służyć tego rodzaju szufladkowanie i po co w ogóle mierzyć zawartość fotografii w fotografii? Niczego nie odejmując walorom świata poszufladkowanego, skłaniam się do twierdzenia, że od porządkowania świata dużo cenniejsze jest jego rozumienie. Od dogłębnego zrozumienia tematu wypada zresztą rozpocząć także sam proces szufladkowania, jeśli już szufladkowanie uznamy z jakiegoś powodu za konieczne.

Zacząć należy od tego, iż proces otrzymywania fotografii składa się z kilku etapów, zaś "zrobienie zdjęcia" w sensie potocznym (rozumiane zwykle jako wybór kadru, parametrów ekspozycji i momentu otwarcia migawki) jest zaledwie jednym z nich i często nie bardziej istotnym z punktu widzenia efektu końcowego od pozostałych. Już przed naciśnięciem spustu migawki wpływ na efekt fotograficzny ma dobór narzędzi (rodzaj aparatu, optyki, materiału światłoczułego), zaś w następnych etapach tzw. obróbka fotograficzna, sposób "produkcji" egzemplarzy fotografii oraz dobór ich nośnika (papieru). Nie wchodząc w szczegóły powiedzieć można, iż każdy z powyższych etapów dostarcza narzędzi, które odciskają piętno na efekcie końcowym, zaś to który z tych etapów będzie miał znaczenie dominujące w konkretnym przypadku, zależeć powinno od fotografa.

Powyższe uwagi mają pełne zastosowanie do fotografii cyfrowej. Różnice dotyczyć będą jedynie narzędzi, którymi się posługujemy. Obróbka fotograficzna w tym przypadku nie polega zatem na stosowaniu procesów chemicznych ale narzędzi cyfrowych, w tym oprogramowania komputerowego służącego do konwersji surowego zapisu cyfrowego z matrycy (RAW) do formatów umożliwiających dalszą eksploatację zdjęcia. Oprogramowanie to można wykorzystywać świadomie i celowo w procesie twórczym albo można zawierzyć w tym względzie programom zainstalowanym w aparatach fotograficznych lub innych urządzeniach, które potrafią "automatycznie" dokonywać takiej konwersji. Na dalszym etapie zamiast stosowania tzw. metody negatywowo-pozytywowej (rzutowania światła przez negatyw na materiał pozytywowy), egzemplarz zdjęcia produkujemy zapisując je na nośniku elektronicznym (np. twardym dysku) albo - jeśli mamy takie życzenie - drukując na papierze lub innym nośniku obrazu.

Oczywiście to co napisałem powyżej jest dla wielu fotografów elementarzem. Podejmują oni świadome decyzje na każdym etapie powstawania fotografii. Prawdą jest przy tym, iż komputer i oprogramowanie dają łatwość i możliwości wpływania na zarejestrowany obraz, która była poza zasięgiem fotografów w dobie analogowej. Gdzie jednak leży granica fotografii, od którego momentu przestajemy mieć do czynienia z procesem powstawania obrazu fotograficznego i wchodzimy w inny obszar, obszar grafiki komputerowej?

Sądzę, że pytanie to jest po prostu źle postawione w tym sensie, iż odpowiedź na nie nie ma żadnego znaczenia. Mówimy po prostu o różnych technikach powstawania obrazu, które się wzajemnie przenikają. Efekt końcowy jest wypadkową tych technik. Można oczywiście badać stopień zgodności tego efektu z tzw. rzeczywistością (jakkolwiek by tę rzeczywistość rozumieć). Czasem zapewnienie wysokiego poziomu takiej zgodności będzie wymuszane przez prawo gatunku fotografii, jak choćby w fotografii, której głównym zadaniem i celem jest dokumentowanie rzeczywistości (fotografia muzealna, policyjna itp.). W innych przypadkach zakres takiej zgodności będzie mniejszy, bo nie będzie już potrzeby wiernego odtwarzania rzeczywistości, zaś na pierwszy plan wejdą inne czynniki, jak choćby kompozycja, estetyka. czy przekaz zdjęcia. Zakres ingerencji może wtedy pójść tak daleko, że "rzeczywistość" stanowić będzie jedynie kanwę na której zbudowany został nowy, odrealniony obraz (przykładem dość daleko idącej ale i efektownej ingerencji są np. fotografie Davida Hilla).

Należy uświadomić sobie, iż fotografia nigdy nie stanowi wiernego odtworzenia rzeczywistości (nawet jeśli usiłuje ją dokumentować) i że ingerencja (odrealnienie) zawsze ma miejsce. Można oczywiście spierać się o to, czy jakiś określony rodzaj ingerencji jest w ramach danego gatunku fotograficznego dopuszczalny, czy też nie (przykładem może być fotoreportaż, w którym cel w postaci dokumentowania rzeczywistości często mocno ściera się z autorskim podejściem fotografów), ale nie jest to już dyskusja o granicach fotografii, ale o prawach danego gatunku fotograficznego, etyce dziennikarza-reportażysty itp.

Spór o to, czy uzyskany obraz jest jeszcze fotografią, czy już grafiką, jawi się jako zupełnie jałowy. Wystarczy po prostu pogodzić się z tym, że przeciętna fotografia cyfrowa jest tworem złożonym, powstałym wieloetapowo z wykorzystaniem różnych technologii. Związek danej konkretnej fotografii z rzeczywistością może być oczywiście przedmiotem dociekań i badań. Kto chce - może takie badania prowadzić. Ja raczej nie będę.

1 komentarz:

Zadora pisze...

Nareszcie głos rozsądku w kontrze do zacierztewionych dyskutantów/wyznawców jedynie słusznych teorii. Bardzo podoba mi się takie wyważone podejscie.

Wystąpił błąd w tym gadżecie.